sobota, 1 stycznia 2022

22 - Żegnaj

 

ROZDZIAŁ 22

 

Żegnaj

 

 

 

 

Pepper

 

To chyba nie był dobry pomysł.

Ale poszłam wcześniej do kościoła, żeby spotkać się z Saffron.

Nie wiedziałam dlaczego, poza tym, że przez cały ranek byłam pobudzona, spodziewając się zobaczyć mamę i wszystkich emocji, które mogły z tego wyniknąć, a czułam się lepiej, móc stawić temu czoła, niż siedzieć i czekać, aż to się stanie.

Ale też, choć to było śmieszne (bo to się nie wydarzyło), zastanawiałam się, czy nie wpadłabym na któreś z moich braci lub sióstr.

Nie, powtarzam, choć to było śmieszne, miałam nadzieję, że to wpadnę.

Jeszcze się z tym nie zmierzyłam. Pomysł, że mieszkam w mieście, gdzie niecałą godzinę drogi ode mnie miałam krewnych, których nigdy nie spotkałam i może nigdy nie spotkam. Jak mogłam przejść obok jednego z nich i nigdy się nie dowiedzieć, że są częścią mojej rodziny. Jak to było, że nie znałam ich wieku. Ich imion.

Nic.

To nie było pod moją kontrolą. Nic nie mogłam na to poradzić. Więc musiałam popracować nad odpuszczeniem tego.

Ale wiedziałam, że to zajmie wiele sił i czasu, a miałam już dużo do przepracowania.

Ze względu na mamę ubrałam się odpowiednio, pojechałam, zaparkowałam na parkingu kościelnym i weszłam do kościoła.

W przedsionku zewnętrznym nikogo nie było, a po wejściu nie znalazłam nikogo w sanktuarium.

Wydawało się, że to do mnie przemawia.

Kościoły powinny żyć. Z ludźmi polerującymi rzeczy lub modlącymi się, organizującymi śpiewniki lub układającymi kwiaty. Chóry ćwiczą (w Tabernakulum Prawdziwego Światła nie było chóru, nawet organów, coś, czego nigdy nie lubiłam w chodzeniu do kościoła, nie było radości ani ich egzaltacji w uwielbieniu, tylko wykłady i pontyfikaty). Odbywają się próby ślubne.

Wiedziałam, że jest późny poranek w dzień powszedni.

Ale nadal…

Coś.

Gwar społeczności.

Duchowość.

Nie to… próżnia.

I, oczywiście, nie było młodych, długowłosych młodzieńców, kłębiących się w ławkach.

Wyszłam z sanktuarium myśląc, że popełniłam błąd, że pokazałam piętnaście minut za wcześnie, bo to oznaczało, że czternaście minut będę kręciła się i czekała.

Na tę myśl usłyszałam głosy.

Nadchodziły z odległej strony, gdzie korytarz prowadził do nieznanych części budynku.

Prawdopodobnie to nie była moja siostra, która przyszła, by mnie spotkać, bo mnie tam jeszcze nie było.

I to zdecydowanie nie była moja sprawa.

Wiedziałam, że nie powinnam iść w tym kierunku.

Ale biorąc pod uwagę wszystko, co wiedziałam o tym kościele i jego przywódcy, ciekawość mnie pokonała.

Więc poszłam.

Wyjrzałam zza rogu i na końcu zobaczyłam Saffron stojącą z mężczyzną.

Nie z wielebnym Clyde’m, jej narzeczonym (jak gdyby).

Nie.

Dużo młodszym mężczyzną, zbliżony wiekiem do Saffron, wysokim, z czarnymi włosami.

Był też szczupły, ale dobrze zbudowany.

Miał na sobie ładne ciemne dżinsy i włożony do nich sweter z zapięciem na guziki. Jego włosy były zadbane.

Wyglądał na członka kościoła.

Patrzył też wyłącznie na Saffron.

A uwaga Saffron była skierowana całkowicie w jego stronę.

Nie byli sobie nawzajem w ramionach, nie przytulali się ani nic, ale stali bliżej niż z koledzy lub znajomi (zdecydowanie bliżej niż koledzy parafianie). Właściwie nie można się było co do tego pomylić, że było całkowicie im wygodnie, kiedy byli tak blisko w swojej obecności.

Był naprawdę wysoki, wyższy niż Auggie’go czy nawet Corbin’a. Pochylił głowę do niej i oboje byli bardzo zaangażowani w to, o czym dyskutowali.

Byłam zaskoczona.

Miałam nadzieję.

Świrowałam.

Święci pańscy.

Moja siostra była zaręczona.

Ale wyglądało na to, że miała chłopaka.

Zamierzałam się wycofać, dać im przestrzeń, ale mój ruch przykuł jego uwagę.

Jego głowa podskoczyła się w moją stronę, po czym natychmiast się rozsunęli.

I tak.

Świrowałam jeszcze bardziej.

Bo nie wykonywałaś ruchów tak, jak oni, chyba że nie chciałaś być widziana i/lub coś ukrywałaś.

Jasne, miała poślubić innego faceta.

Ale jeszcze się nie pobrali.

„Nie zwracajcie na mnie uwagi” - zawołałam - „Miałam spotkać się z Saffron, ale dotarłam tu wcześniej. Po prostu pójdę…”

„Nie, w porządku, w porządku” - odkrzyknęła Saffron.

Był to długi korytarz, a oni znajdowali się na drugim jego końcu, ale mimo to widziałam po wyrazie jej twarzy, że nie było w porządku.

Odwróciła się do niego, powiedziała coś, czego nie mogłam usłyszeć, a on skinął głową z twarzą ściągniętą i wyraźnie wkurzoną. Rzucił mi takie spojrzenie, że to był cud, że końce moich włosów się nie zapaliły. Następnie gwałtownie się obrócił i zniknął za drzwiami.

Cóż, witam i też miło cię poznać. Jestem chłopakiem twojej siostry i od tej pory byłbym po twojej stronie, żeby odciągnąć ją od obrzydliwca.

To była moja myśl, ale od tego momentu, nawet jeśli ten facet był kutasem, trzeba było powiedzieć, że wolałam go od przestępcy wystarczająco starego, by być jej dziadkiem, który miał kilka innych żon.

Saffron skierowała się w moją stronę.

Kiedy się zbliżyła, powiedziałam - „Tak mi przykro, że przerwałam. Słyszałam głosy i…”

Znowu mi przerwała - „To nie było nic takiego”.

To było dla niego coś.

I dla niej też.

Trzymała w dłoni telefon i spojrzała na niego - „Napiszę do mamy i powiem, żeby spodziewała się nas wcześniej”.

Szła w określoną stronę i jako taka nie miałam innego wyjścia, jak tylko podążać za nią.

„Kim był ten facet?” - zapytałam.

„Nikt” - mruknęła.

Hmmm.

Kłamstwo było grzechem.

„Pracuje tu?” - zapytałam.

„Tak”

Dobra, moja siostra nie czuła się w nastroju do szczerości.

Więc…

„Wy dwoje pracujecie razem?”

Spojrzała na mnie - „Wszyscy pracują razem. To kościół”.

Zwróciła uwagę na telefon, nadeszła wiadomość, a potem spojrzała dokąd idzie.

Po prostu podążałam za nią.

Byliśmy blisko drzwi, kiedy powiedziała - „Z powodu pewnych problemów w domu wielebny Clyde dał nam tymczasowe kwatery…”

Nadeszła moja kolej, by jej przerwać.

„Nie kłam, Saffron. Wiem, że wszyscy tu mieszkacie”.

Zatrzymała się, podnosząc rękę do pręta na drzwiach, które prowadziły na zewnątrz i spojrzała na mnie.

„Skąd to wiesz?” - zapytała.

„Dlaczego kłamiesz?” - odparowałam.

„To, co robi rodzina, tak naprawdę nie jest twoją sprawą” - odparła.

Ummm…

„Szczerze tak myślisz?”

„Wyjechałeś, Pepper. Odeszłaś” - odgryzła się, nagle w jej oczach zapłonął ogień, jakiego nigdy w życiu nie widziałam - „To był twój wybór”.

„Nie zgadzałam się z wami, jak praktykować moją wiarę” - odpowiedziałam - „Jeśli sobie przypominam, mieliśmy też szalenie różne opinie na temat tego, co myślimy o szpinaku na parze”.

Jej brwi uniosły się ze zniewagi - „Porównujesz praktykę uwielbienia z tym, jak lubisz gotować szpinak?”

„Mówię tylko, że ludzie są różni. Robią różne rzeczy. Wierzą w różne rzeczy. Lubią różne rzeczy. Ale to nie znaczy, że nie mogą się kochać ani dogadywać”.

„Cóż, najwyraźniej mamy odmienne zdanie również na ten temat” – warknęła.

„Saffron…”

Pchnęła drzwi, stwierdzając - „Po prostu zróbmy to”.

„Saffron!” - teraz to ja warknęłam i złapałam ją za łokieć, żeby ją powstrzymać.

Obróciła się na mnie, wyrywając rękę z mojego uścisku i spojrzała mi w twarz.

„To, co mamy po prostu zrobić, to wizyta u mojej umierającej matki, być może jedna z niewielu, jakie będę mogła mieć zanim ona umrze” - przypomniałam jej.

„Tak, więc nie chcesz, żeby to się skończyło?”

Okej, Saffron mogła być niesympatycznym typkiem.

Nie można było temu zaprzeczyć.

Ale to?

To było coś innego.

Spojrzałam z powrotem na drzwi, przez które przeszłyśmy, a potem na nią.

„Kim był ten facet?”

„Jest pastorem pomocniczym”.

Wielebny Clyde miał pastorów pomocniczych?

O ile wiem, nigdy wcześniej nie miał.

Na pewno nie młodych, przystojnych.

„Coś między wami jest?” - zapytałam.

Kij wbił się tak daleko w jej tyłek, że trafił również w kręgosłup - „Absolutnie nie”

„A więc wychodzisz za wielebnego Clyde’a” - powiedziałam.

Zmrużyła na mnie oczy - „Skąd to wszystko wiesz?”

„Kazałaś mi znaleźć Bircha. Nie nazywam się Drew[1], więc musiałam mieć w tym pomoc. A ludzie, których prosiłam o pomoc, są dokładni”.

Czy mam zwidy?

A może jej twarz po prostu przybrała bielszy odcień bladości?

„Więc wiesz…”

Zostawiła ten trop.

To nie było pytanie.

To było żądanie informacji.

Dokładniej to, ile wiedziałam.

A słowa były tak mocno naciągnięte, że gdybym nie odpowiedziała na nie, złamałyby się, rzuciły i ugryzły mnie.

„Wiem, że Clyde ma kilka żon. Tata ma kilka żon. Wszyscy tu mieszkacie. Rekrutujesz…”

„Jestem misjonarką” - poprawiła,

„Jesteś na misji w Denver?” - zaszydziłam.

„Słowo musi być rozpowszechnione wszędzie, Pepper”.

Nie miałam na to nic do powiedzenia.

„Więc to wszystko, co wiesz?” - naciskała.

Nie było.

To było wszystko, co miałam zamiar powiedzieć.

„Jest coś więcej, by wiedzieć?” - zapytałam.

Położyła dłoń na biodrze, które podciągnęła i wysunęła stopę.

Ocho.

Nie jest to dobra postawa u żadnej kobiety.

„Nie chcesz, żebyśmy cię osądzali za ucieczkę z domu i zajście w ciążę z mężczyzną, którego ledwo znałaś. Za zarabianie pieniędzy na tańcu dla mężczyzn, aby skusić ich do bezbożnych zajęć. Zbudowanie domu bez lwa na czele, który poprowadziłby twoje światowe i duchowe podróże. Jeśli nie chcesz, abyśmy cię za to osądzali, nie możesz nas osądzać za sposób, w jaki decydujemy się żyć naszym życiem”.

„Nie uciekłam z domu, Saffron, miałam osiemnaście lat i nie byłam już nieletnia. I nie osądzałabym cię za nic z tego, gdybyś nie próbowała mi tego narzucić, a kiedy uznałam to za nie do przyjęcia, otwarcie mnie osądziła, bo odwróciłam się od twojego kościoła”.

Wypuściła trochę powietrza i rzuciła - „Nie osądzaliśmy cię”.

„Saffron, ty sama nazwałaś mnie dziwką, kiedy powiedziałam, że jestem w ciąży z Juno. A ja nie ledwo znałam Corbin’a. Spotykaliśmy się od roku i mieszkaliśmy razem przez sześć miesięcy, zanim zaszłam w ciążę. I nie zapominajmy, że powiedziałaś też Juno, że diabeł świeci z odsłoniętej kobiecej skóry, gdy miała trzy lata. Podczas każdej kąpieli przez miesiąc po tym, jak to powiedziałaś, pytała Mamusiu, czy diabeł świeci ze mnie?”

Czekaj.

Łał.

Poczekaj sekundę.

Czy Saffron właśnie się wzdrygnęła?

„Saff, co się dzieje?” - zażądałam.

Opuściła rękę z biodra i odwróciła się, aby przejść wzdłuż frontowej części kościoła, zapewniając - „Nic”.

Dogoniłam ją i szłam u jej boku.

Kiedy skręciliśmy za róg, powiedziałam - „Wiem, że coś się dzieje. Ty wiesz, że ja wiem. Więc pilnuj się, siostrzyczko”.

Zatrzymała się i przypaliła mnie spojrzeniem.

Potem uderzyła mnie swoim najlepszym strzałem.

I to było coś wielkiego.

„Jeśli w ogóle masz dla niej szacunek, powinnaś pozwolić mamie umrzeć w spokoju, Pepper. Nienawidzi sposobu, w jaki żyjesz. Nienawidzi sposobu, w jaki wychowujesz Juno. Ona rozpacza, że ty i Birch staliście się tacy źli. I codziennie modli się do Boga, aby udzielił jej odpowiedzi na temat tego, co zrobiła, że ty okazałaś się taka, jak ty to się stałaś”.

Stałam tam, w przenośni wykrwawiając się na chodniku.

Albo tego nie zauważyła, nie miała czasu się tym rozkoszować, albo nie obchodziło ją, że to zrobiła.

Mówiła dalej.

„Teraz” - dodała - „mamy wąskie okno czasowe. Taty nie ma, bo jest na spotkaniu, ale siostry mogą w każdej chwili wejść”.

„Siostry?” – wyszeptałam, zbyt poruszona tym, co mi przed chwilą powiedziała, by podnieść głos wyżej.

„Inne w grupie taty”.

„Masz na myśli jego inne żony” - wyjaśniłam za nią.

„Tak” - stwierdziła krótko - „Jego inne żony. A one mu powiedzą. Więc musimy iść”.

„I musimy iść, żebym mogła teraz pożegnać się z mamą, zamiast próbować spędzić z nią więcej czasu, żeby mogła umrzeć w pokoju. Pokoju ode mnie”.

Jej głowa zatrzęsła się, ale powiedziała - „Tak myślę, że tak będzie najlepiej”.

„A co z Juno?”

Patrzyła mi martwo w oczy, kiedy odpowiedziała - „Pepper, tańczyliśmy wokół tego od lat. Ale powinnaś wiedzieć, wszyscy uważamy Juno za prawdziwego bękarta Kościoła, zrodzonego z niego i pozamałżeńskiego. Wielebny Clyde nawet nie uznaje jej za członka naszej rodziny. Nie wyobrażam sobie, jak pomogłoby Juno lub mamie, gdyby którakolwiek z nich była ze drugą w tym trudnym czasie”.

Mój głos znów był cichy, kiedy stwierdziłam - „Mama kocha Juno”.

„Za tydzień lub dwa, miesiąc, a może kilka dni mama zrozumie, jak blisko jest Boga”.

„Masz na myśli to, że mama będzie tak bardzo cierpiała, że nie wiedziałaby, gdyby archanioł Gabriel siedział przy jej łóżku i poklepał ją po ręce”.

Saffron nie odpowiedział.

Więc odpowiedź brzmiała… tak.

To właśnie miała na myśli.

Dobry Chryste.

„Chcę widzieć całą tę rozmowę jako przebłysk światła w ciemności, w której próbuję dowiedzieć się, co zrobić z moją miłością do was wszystkich, bo ono absolutnie pokazuje mi drogę do zrozumienia, że nie jesteś zdrowa dla mnie lub Juno. Ale nie widzę tego w ten sposób. Nic nie widzę. Po prostu czuję. A wszystko, co czuję, to ból” - oznajmiłam.

Kolejne wzdrygnięcie.

Nie obchodziło mnie to.

Rozkazałam - „Zabierz mnie do mamy, żebym mogła się pożegnać”.

A potem pomaszerowałam chodnikiem, chociaż nie miałam pojęcia, dokąd idę.

„Pepper”

Zatrzymałam się i obejrzałam.

„Powinnaś była nas wypuścić lata temu” - powiedziała.

„Głupia ja, kochałam was. Więc tego nie zrobiłam. Ale dziś skoczyłaś olbrzymimi krokami, by zająć się tym problemem, Saff. Więc co powiesz na to, że to zrobimy, żebym mogła wyjść z twojego otoczenia i po prostu być z dala od tego miejsca”.

Stałyśmy tam, dwie siostry, patrząc sobie w oczy i nie umknęło mi to jak to robiłyśmy.

Była za mną o kilka kroków.

Byłam przed nią, nie do końca odwrócona do niej, patrząc na nią przez ramię.

Wiedziałam, że zapamiętam ten moment do dnia śmierci.

To byłyśmy właśnie my.

To byłyśmy my w przeszłości.

To zawsze będziemy my.

Ja się uwolniłam.

Saffron, z tyłu, całkowicie pogrążona w absolutne gówno.

Skinęła głową.

Żadna z nas nie odezwała się do siebie ani słowem, kiedy prowadziła mnie do drzwi na tyłach budynku. Weszłyśmy do środka, a ona poprowadziła mnie przez coś, co można opisać tylko jako dormitorium złożone z dużych apartamentów, które wyglądały jak małe mieszkania.

Większość drzwi była otwarta, ale nie widziałam nikogo.

Na końcu tej podróży była moja mama.

I żegnaj.

*****

Auggie

Auggie nie czuł się dobrze po tym, jak dostał SMS’a Pepper:

Nie poszło świetnie.

Niedopowiedzenie tysiąclecia.

A zaraz po tym:

Zadzwonię, kiedy

Juno pójdzie spać.

Mam nadzieję,

że masz dobry dzień.

A nie czuł tego, bo Pepper była z tych, co przetwarzają rzeczy. Nie zakopywała ich. Czuła je. Rozmawiała o tym. Sortowała to. I załatwiła to.

Może robiła to i potrzebowała przestrzeni, żeby zrobić to sama.

Ale Auggie nie zauważył tego od niej.

To było „niedopowiedzenie tysiąclecia”.

Nie poczuł się lepiej, kiedy zapytał SMS’em, czy chce, żeby wpadł, a ona nie odpowiedziała.

Następnie zapytał:

Daj mi tylko znać,

że jest okej. Dobra?

I na to też nie odpowiedziała.

To dlatego był przy jej drzwiach i naprawdę tego nie czuł, bo dzwonił, pukał, a ona nie pojawiała się w drzwiach.

Zawsze pojawiała się w drzwiach.

W tym kościele działo się mroczne gówno.

A ona była w tym kościele.

Teraz była duchem?

Stojąc w jej drzwiach, wyjął telefon i zadzwonił.

Kiedy dostał pocztę głosową, powiedział - „Hej, jestem na zewnątrz. Szybkie sprawdzanie, aby upewnić się, że jesteś okej. Potem wyjdę i porozmawiamy, kiedy będziesz gotowa”.

I zrobił to, wracając do swojego samochodu i chwytając swój zestaw.

Kiedy nie oddzwoniła ani nie otworzyła drzwi, zanim wrócił, otworzył swój zestaw, wybrał jej zamek w dwadzieścia sekund i wszedł do środka.

Szybkie skanowanie dolnego piętra.

Nic.

Ale jej torebka była w biurze, a jej samochód w garażu.

Poszedł na górę.

Wszystkie drzwi były otwarte, z wyjątkiem jej na końcu.

Gówno.

Może przesadzał.

To może być jej pora na drzemkę.

Stał w korytarzu na piętrze, niezdecydowany co do tego, co sądzi o tym, że zachowuje się jak totalny prześladowca, włamując się do jej domu, aby upewnić się, że wszystko z nią w porządku, kiedy drzwi jej sypialni się otworzyły.

Wydała odgłos zdziwienia, kiedy go zobaczyła i cofnęła się o krok, z ręką na drzwiach, jakby zamierzała je zatrzasnąć.

Kurwa.

„To tylko ja” - zauważył oczywistość.

Wyszła ze swojego pokoju, ale tylko trochę - „Jak się tu dostałeś?”

Tak.

Zachowuje się jak prześladowca.

Najgorszy rodzaj.

Taki, który miał zestaw do otwierania zamków.

„Przeraziłaś mnie, nie odpowiadałaś na SMS-y, nie otwierałaś drzwi, właśnie spotkałaś swoją mamę i byłaś w tym kościele. Więc wybrałem zamki”.

Przez sekundę stała nieruchomo.

Dwie.

Potem zaczęła się śmiać.

Okej, to było dobre.

W środku śmiechu zaczęła szlochać.

Racja, to nie było dobre.

„Aug” - jęknęła, unosząc rękę w jego stronę.

Uznał to za zaproszenie, więc nie zwlekał z tym, by iść do niej i wpadła w jego ramiona.

„Jakie to niesamowite, że mój chłopak potrafi otwierać zamki?” - zapytała, wciąż płacząc w jego klatkę piersiową.

„Jeśli cieszysz się, że tu jestem, dlaczego nie odpowiedziałaś na moje wiadomości z pytaniem, czy wszystko w porządku?”

„Wysłałam ci SMS-a, kiedy wróciłam do domu i przyszłam tutaj, aby spróbować znaleźć trochę spokoju. Zostawiłam telefon w biurze.”

„Mała” - zawołał.

Zwróciła na niego załzawione oczy.

„Rozumiem twoją zasadę. Lubię ją. Będę jej przestrzegał. Ale, wiesz, jak idziesz gdzieś, gdzie uważam, że nie jest bezpiecznie prowadzić emocjonalną rozmowę z ciężko chorą matką, piszesz do mnie i mówisz, że nie poszło świetnie, to trzymasz się i czekasz na SMS-a zwrotnego. Albo, z większym prawdopodobieństwem, na mnie pokazującego się tak, jak przed chwilą, ale nie musiałbym wybierać zamków. Tak?”

„Przepraszam” - pociągnęła nosem.

„Nie ma za co przepraszać. Uczymy się nawzajem. To chwila nauki”.

Zaczęła się śmiać przez łzy.

Zapytał - „Chcesz stać w korytarzu i płakać, czy zejść na dół?”

Nie chciała.

Powiedziała mu to, zabierając go do swojej sypialni.

To nie był odpowiedni czas.

Ale uderzyło go do głębi, że nie mógł się doczekać, żeby ją tu pieprzyć.

Wspięła się do łóżka, wciągnęła go ze sobą, a gdy się z nią ułożył, zauważył, że uwielbia to, że w jej pokoju nie było dużo bałaganu, tak jak w jego.

Ale wszystko było miękkie. Gruba dzianina narzuta w nogach łóżka.

Śnieżnobiały strzęp sztucznego futra rzucony na fotel w kącie. Ozdobne poduszki w powłoczkach z dzianiny bąbelkowej.

Przygiął się, żeby jego buty nie znalazły się na jej narzucie, a ona się przytuliła.

On nie naciskał.

Ona nie spieszyła się.

Ale kiedy się odezwała, nie dała mu tego, po co tam przyszedł.

Powiedziała - „Hawk mnie znienawidzi, jeśli wyrobisz sobie nawyk opuszczania dla mnie pracy”.

„Oczywiście musisz znacznie lepiej poznać Hawka”.

Pociągnęła nosem, a potem westchnęła.

A potem dała mu to, po co przyszedł.

„W zasadzie pożegnałam się dzisiaj z mamą. Nie chcą mnie ani Juno, kiedy to będzie się działo. Byłyśmy obowiązkiem, który im nie smakował, odkąd wyszłam z domu dziesięć lat temu. Najwyraźniej więc wtedy mnie puścili. A dzisiaj stało się jasne, że muszę skorzystać z tego programu”.

Auggie nie ufał sobie na tyle, by coś powiedzieć.

Szła dalej.

„Staram się postrzegać to jako dobre. Nie dostali ode mnie niczego. Nie byłam pewna, czy dla Juno byłoby to zdrowe. Ale zajmie mi to trochę czasu. Moja matka wolałaby umrzeć bez córki w pobliżu. Mam rodzeństwo, którego nigdy nie poznam. Cokolwiek dzieje się z tym kościołem, dzieje się i prędzej czy później mogą skończyć w głębokim gównie. Ale nie mam nad tym kontroli. Więc…”

Jej pozwolenie, by to zawisło, było słownym wzruszeniem ramion.

„A co z kręgiem modlitewnym?” - zapytał.

„Co?” - zapytała z powrotem.

„Myślałem, że miałaś brać udział w kręgu modlitewnym”.

Jej ciało napięło się.

Potem podniosła się z przytulenia do jego klatki piersiowej.

Pochwyciła jego wzrok.

Po jej lewej stronie, jej tusz do rzęs został roztarty na skroni. Po jej prawej stronie, która była przy jego klatce piersiowej, był rozmazany w całym kąciku oka.

Nadal była piękna.

„Saffron ani mama nie wspomniały o kręgu modlitewnym”.

Żadnej wzmianki teraz. Ale dwa tygodnie temu namawiały Pepper, aby odnalazła swojego dawno zaginionego brata i dopełniła ten niezwykle ważny krąg.

To było tak podejrzane, że poczuł tego zapach w pokoju.

Nic nie powiedział.

„Może ponownie się zastanowili i zdecydowali, że skażę krąg” – zasugerowała.

„Może” - mruknął.

Ale tak nie sądził.

Pomyślał, że między tamtym a teraz mogli tam zobaczyć ją i jej przyjaciółki oraz mężczyzn, kilka z nich na pewno pojawiło się na nabożeństwie, a Pepper zrobiła awanturę.

Uważał też, że ludzie robiący oślizgłe rzeczy, które również były potencjalnie zbrodnicze, nie lubili ludzi wokół, którzy myśleli, że są oślizgli i potencjalnie mogą być zbrodniarzami.

Na pewno nie takich, którzy węszyli, a kobiety kryły ich operacje.

Ale tak.

Być może.

Bardziej prawdopodobne, że nie.

„Ona nie chce się pożegnać z Juno, Aug.”

Skupił się na niej.

„Jak to jest zwariowane?” - szepnęła, jej głos był zatkany i wypruwał mu wnętrzności.

Szukał czegoś do powiedzenia.

I wtedy coś znalazł.

„Może się chować za wszystkimi kościelnymi sprawami, Słonko. Nie zareagowałaś dobrze, kiedy ją zobaczyłaś. Mogła chronić Juno przed tym samym”.

Rozpromieniła się na to.

„O mój Boże, możesz mieć rację. Ona była… ona…” - potrząsnęła głową i gwałtownie wciągnęła powietrze przez nos.

„Nie musisz kończyć” - powiedział jej.

Spojrzała na jego klatkę piersiową, gdzie szczypała i puszczała jego koszulkę.

„Więc tak. Tak” - powiedziała to dwukrotnie i podniosła wzrok na jego. „Dobrze to wymyśliłeś, Słonko. Bo, szczerze mówiąc, gdyby świat był doskonały, Juno nigdy nie widziałaby swojej babci takiej, jaką była. Była… z bliska… była…” - przełknęła ślinę - „w gorszym stanie”.

Kurwa.

„Kochanie” - mruknął.

Wróciła do skoncentrowania się na ściskaniu i puszczaniu jego koszulki.

Dał jej czas.

Potem zapytał - „Będzie dobrze, jak zostaniesz dzisiaj tylko z Juno? Pójście do pracy? To wszystko?”

Skinęła głową.

Pewnie nie byłaby okej, ale i tak by się przebiła.

„Porozmawiasz z Juno?” - zapytał.

„Myślę, że może, nie wiem… może byłoby dobrze, żebyś był w pobliżu, kiedy to zrobię. Odwracasz uwagę. Jesteś zdrowy i pełen witalności. I bez obrazy, Słonko, ale jesteś nową, błyszczącą zabawką”.

Uśmiechnął się - „Bez obrazy”.

„Nie żeby ona cię tak widziała” - powiedziała pospiesznie.

„Wiem co masz na myśli. Ona mnie lubi. Jestem ekscytujący. Daję jej nadzieję. I to jest równowaga. Źle z twoją mamą, a ja będę dobry”.

„Tak, to” - powiedziała z żałośnie wykrzywionymi w górę kącikami ust.

Założył jej włosy za ucho - „Więc dziś wieczorem i jutro to przechodzisz. Jeśli tego potrzebujesz, piszę SMS-a lub dzwonię, a mimo to chcę, żebyś się meldowała. W czwartek zjemy wczesną kolację i pójdziemy budować dekoracje. A w ten weekend możemy razem coś zrobić i wtedy możesz z nią porozmawiać.

„Brzmi jak plan”.

„Nienawidzę tego dla ciebie”.

Jej usta opadły - „To było okropne, Aug.”

Wziął ją z powrotem w ramiona i przytulił.

„To jest lepsze” - powiedziała w jego szyję.

„Dobrze” - mruknął szorstko.

„Musisz wracać do pracy?”

„Mogę, jeśli nie masz nic przeciwko. Mogę zadzwonić, jeśli nie”.

Pokręciła głową i powiedziała - „Nie. Teraz wszystko w porządku. Albo lepiej” - uniosła głowę - „Idź”.

Pochylił się i pocałował ją.

Kiedy się cofnął, ona przysunęła się i pocałowała go.

Kiedy skończyła, nie odsunęła się daleko, zanim zaprosiła - „Możesz otwierać moje zamki w każdej chwili, Auggie. Chociaż byłoby o wiele łatwiej, gdybym po prostu dała ci klucz”.

I na to nie robił tego głośno ani długo.

Ale się roześmiał.

Tak.

Mogła nie być całkiem w porządku.

Ale wykonał swoją pracę.

Czuła się lepiej.

 


 



[1] Nancy Drew, nastoletnia detektyw z filmów.

3 komentarze: