ROZDZIAŁ
22
Żegnaj
Pepper
To
chyba nie był dobry pomysł.
Ale
poszłam wcześniej do kościoła, żeby spotkać się z Saffron.
Nie
wiedziałam dlaczego, poza tym, że przez cały ranek byłam pobudzona,
spodziewając się zobaczyć mamę i wszystkich emocji, które mogły z tego
wyniknąć, a czułam się lepiej, móc stawić temu czoła, niż siedzieć i czekać, aż
to się stanie.
Ale
też, choć to było śmieszne (bo to się nie wydarzyło), zastanawiałam się, czy
nie wpadłabym na któreś z moich braci lub sióstr.
Nie,
powtarzam, choć to było śmieszne, miałam nadzieję, że to wpadnę.
Jeszcze
się z tym nie zmierzyłam. Pomysł, że mieszkam w mieście, gdzie niecałą godzinę
drogi ode mnie miałam krewnych, których nigdy nie spotkałam i może nigdy nie spotkam.
Jak mogłam przejść obok jednego z nich i nigdy się nie dowiedzieć, że są
częścią mojej rodziny. Jak to było, że nie znałam ich wieku. Ich imion.
Nic.
To
nie było pod moją kontrolą. Nic nie mogłam na to poradzić. Więc musiałam
popracować nad odpuszczeniem tego.
Ale
wiedziałam, że to zajmie wiele sił i czasu, a miałam już dużo do
przepracowania.
Ze
względu na mamę ubrałam się odpowiednio, pojechałam, zaparkowałam na parkingu
kościelnym i weszłam do kościoła.
W
przedsionku zewnętrznym nikogo nie było, a po wejściu nie znalazłam nikogo w
sanktuarium.
Wydawało
się, że to do mnie przemawia.
Kościoły
powinny żyć. Z ludźmi polerującymi rzeczy lub modlącymi się, organizującymi
śpiewniki lub układającymi kwiaty. Chóry ćwiczą (w Tabernakulum Prawdziwego
Światła nie było chóru, nawet organów, coś, czego nigdy nie lubiłam w chodzeniu
do kościoła, nie było radości ani ich egzaltacji w uwielbieniu, tylko wykłady i
pontyfikaty). Odbywają się próby ślubne.
Wiedziałam,
że jest późny poranek w dzień powszedni.
Ale
nadal…
Coś.
Gwar
społeczności.
Duchowość.
Nie
to… próżnia.
I,
oczywiście, nie było młodych, długowłosych młodzieńców, kłębiących się w
ławkach.
Wyszłam
z sanktuarium myśląc, że popełniłam błąd, że pokazałam piętnaście minut za
wcześnie, bo to oznaczało, że czternaście minut będę kręciła się i czekała.
Na
tę myśl usłyszałam głosy.
Nadchodziły
z odległej strony, gdzie korytarz prowadził do nieznanych części budynku.
Prawdopodobnie
to nie była moja siostra, która przyszła, by mnie spotkać, bo mnie tam jeszcze nie
było.
I
to zdecydowanie nie była moja sprawa.
Wiedziałam,
że nie powinnam iść w tym kierunku.
Ale
biorąc pod uwagę wszystko, co wiedziałam o tym kościele i jego przywódcy,
ciekawość mnie pokonała.
Więc
poszłam.
Wyjrzałam
zza rogu i na końcu zobaczyłam Saffron stojącą z mężczyzną.
Nie
z wielebnym Clyde’m, jej narzeczonym (jak gdyby).
Nie.
Dużo
młodszym mężczyzną, zbliżony wiekiem do Saffron, wysokim, z czarnymi włosami.
Był
też szczupły, ale dobrze zbudowany.
Miał
na sobie ładne ciemne dżinsy i włożony do nich sweter z zapięciem na guziki.
Jego włosy były zadbane.
Wyglądał
na członka kościoła.
Patrzył
też wyłącznie na Saffron.
A
uwaga Saffron była skierowana całkowicie
w jego stronę.
Nie
byli sobie nawzajem w ramionach, nie przytulali się ani nic, ale stali bliżej
niż z koledzy lub znajomi (zdecydowanie bliżej niż koledzy parafianie).
Właściwie nie można się było co do tego pomylić, że było całkowicie im wygodnie,
kiedy byli tak blisko w swojej obecności.
Był
naprawdę wysoki, wyższy niż Auggie’go czy nawet Corbin’a. Pochylił głowę do
niej i oboje byli bardzo zaangażowani w to, o czym dyskutowali.
Byłam
zaskoczona.
Miałam
nadzieję.
Świrowałam.
Święci
pańscy.
Moja
siostra była zaręczona.
Ale
wyglądało na to, że miała chłopaka.
Zamierzałam
się wycofać, dać im przestrzeń, ale mój ruch przykuł jego uwagę.
Jego
głowa podskoczyła się w moją stronę, po czym natychmiast się rozsunęli.
I
tak.
Świrowałam
jeszcze bardziej.
Bo
nie wykonywałaś ruchów tak, jak oni, chyba że nie chciałaś być widziana i/lub
coś ukrywałaś.
Jasne,
miała poślubić innego faceta.
Ale
jeszcze się nie pobrali.
„Nie
zwracajcie na mnie uwagi” - zawołałam - „Miałam spotkać się z Saffron, ale
dotarłam tu wcześniej. Po prostu pójdę…”
„Nie,
w porządku, w porządku” - odkrzyknęła Saffron.
Był
to długi korytarz, a oni znajdowali się na drugim jego końcu, ale mimo to
widziałam po wyrazie jej twarzy, że nie było w porządku.
Odwróciła
się do niego, powiedziała coś, czego nie mogłam usłyszeć, a on skinął głową z
twarzą ściągniętą i wyraźnie wkurzoną. Rzucił mi takie spojrzenie, że to był
cud, że końce moich włosów się nie zapaliły. Następnie gwałtownie się obrócił i
zniknął za drzwiami.
Cóż, witam i też miło cię poznać.
Jestem chłopakiem twojej siostry i od tej pory byłbym po twojej stronie, żeby
odciągnąć ją od obrzydliwca.
To
była moja myśl, ale od tego momentu, nawet jeśli ten facet był kutasem, trzeba
było powiedzieć, że wolałam go od przestępcy wystarczająco starego, by być jej
dziadkiem, który miał kilka innych żon.
Saffron
skierowała się w moją stronę.
Kiedy
się zbliżyła, powiedziałam - „Tak mi przykro, że przerwałam. Słyszałam głosy i…”
Znowu
mi przerwała - „To nie było nic takiego”.
To
było dla niego coś.
I
dla niej też.
Trzymała
w dłoni telefon i spojrzała na niego - „Napiszę do mamy i powiem, żeby
spodziewała się nas wcześniej”.
Szła
w określoną stronę i jako taka nie miałam innego wyjścia, jak tylko podążać za
nią.
„Kim
był ten facet?” - zapytałam.
„Nikt”
- mruknęła.
Hmmm.
Kłamstwo
było grzechem.
„Pracuje
tu?” - zapytałam.
„Tak”
Dobra,
moja siostra nie czuła się w nastroju do szczerości.
Więc…
„Wy
dwoje pracujecie razem?”
Spojrzała
na mnie - „Wszyscy pracują razem. To kościół”.
Zwróciła
uwagę na telefon, nadeszła wiadomość, a potem spojrzała dokąd idzie.
Po
prostu podążałam za nią.
Byliśmy
blisko drzwi, kiedy powiedziała - „Z powodu pewnych problemów w domu wielebny
Clyde dał nam tymczasowe kwatery…”
Nadeszła
moja kolej, by jej przerwać.
„Nie
kłam, Saffron. Wiem, że wszyscy tu mieszkacie”.
Zatrzymała
się, podnosząc rękę do pręta na drzwiach, które prowadziły na zewnątrz i
spojrzała na mnie.
„Skąd
to wiesz?” - zapytała.
„Dlaczego
kłamiesz?” - odparowałam.
„To,
co robi rodzina, tak naprawdę nie jest twoją sprawą” - odparła.
Ummm…
„Szczerze
tak myślisz?”
„Wyjechałeś,
Pepper. Odeszłaś” - odgryzła się,
nagle w jej oczach zapłonął ogień, jakiego nigdy w życiu nie widziałam - „To
był twój wybór”.
„Nie
zgadzałam się z wami, jak praktykować moją wiarę” - odpowiedziałam - „Jeśli
sobie przypominam, mieliśmy też szalenie różne opinie na temat tego, co myślimy
o szpinaku na parze”.
Jej
brwi uniosły się ze zniewagi - „Porównujesz praktykę uwielbienia z tym, jak
lubisz gotować szpinak?”
„Mówię
tylko, że ludzie są różni. Robią różne rzeczy. Wierzą w różne rzeczy. Lubią
różne rzeczy. Ale to nie znaczy, że nie mogą się kochać ani dogadywać”.
„Cóż,
najwyraźniej mamy odmienne zdanie również na
ten temat” – warknęła.
„Saffron…”
Pchnęła
drzwi, stwierdzając - „Po prostu zróbmy to”.
„Saffron!”
- teraz to ja warknęłam i złapałam ją za łokieć, żeby ją powstrzymać.
Obróciła
się na mnie, wyrywając rękę z mojego uścisku i spojrzała mi w twarz.
„To,
co mamy po prostu zrobić, to wizyta u
mojej umierającej matki, być może jedna z niewielu, jakie będę mogła mieć zanim
ona umrze” - przypomniałam jej.
„Tak,
więc nie chcesz, żeby to się skończyło?”
Okej,
Saffron mogła być niesympatycznym typkiem.
Nie
można było temu zaprzeczyć.
Ale
to?
To
było coś innego.
Spojrzałam
z powrotem na drzwi, przez które przeszłyśmy, a potem na nią.
„Kim
był ten facet?”
„Jest
pastorem pomocniczym”.
Wielebny
Clyde miał pastorów pomocniczych?
O
ile wiem, nigdy wcześniej nie miał.
Na
pewno nie młodych, przystojnych.
„Coś
między wami jest?” - zapytałam.
Kij
wbił się tak daleko w jej tyłek, że trafił również w kręgosłup - „Absolutnie
nie”
„A
więc wychodzisz za wielebnego Clyde’a” - powiedziałam.
Zmrużyła
na mnie oczy - „Skąd to wszystko wiesz?”
„Kazałaś
mi znaleźć Bircha. Nie nazywam się Drew[1], więc
musiałam mieć w tym pomoc. A ludzie, których prosiłam o pomoc, są dokładni”.
Czy
mam zwidy?
A
może jej twarz po prostu przybrała bielszy odcień bladości?
„Więc
wiesz…”
Zostawiła
ten trop.
To
nie było pytanie.
To
było żądanie informacji.
Dokładniej
to, ile wiedziałam.
A
słowa były tak mocno naciągnięte, że gdybym nie odpowiedziała na nie, złamałyby
się, rzuciły i ugryzły mnie.
„Wiem,
że Clyde ma kilka żon. Tata ma kilka żon. Wszyscy tu mieszkacie. Rekrutujesz…”
„Jestem
misjonarką” - poprawiła,
„Jesteś
na misji w Denver?” - zaszydziłam.
„Słowo
musi być rozpowszechnione wszędzie, Pepper”.
Nie
miałam na to nic do powiedzenia.
„Więc
to wszystko, co wiesz?” - naciskała.
Nie
było.
To
było wszystko, co miałam zamiar powiedzieć.
„Jest
coś więcej, by wiedzieć?” - zapytałam.
Położyła
dłoń na biodrze, które podciągnęła i wysunęła stopę.
Ocho.
Nie
jest to dobra postawa u żadnej kobiety.
„Nie
chcesz, żebyśmy cię osądzali za ucieczkę z domu i zajście w ciążę z mężczyzną, którego
ledwo znałaś. Za zarabianie pieniędzy na tańcu dla mężczyzn, aby skusić ich do
bezbożnych zajęć. Zbudowanie domu bez lwa na czele, który poprowadziłby twoje
światowe i duchowe podróże. Jeśli nie chcesz, abyśmy cię za to osądzali, nie
możesz nas osądzać za sposób, w jaki decydujemy się żyć naszym życiem”.
„Nie
uciekłam z domu, Saffron, miałam osiemnaście lat i nie byłam już nieletnia. I
nie osądzałabym cię za nic z tego, gdybyś nie próbowała mi tego narzucić, a
kiedy uznałam to za nie do przyjęcia, otwarcie mnie osądziła, bo odwróciłam się
od twojego kościoła”.
Wypuściła
trochę powietrza i rzuciła - „Nie osądzaliśmy cię”.
„Saffron,
ty sama nazwałaś mnie dziwką, kiedy powiedziałam, że jestem w ciąży z Juno. A
ja nie ledwo znałam Corbin’a.
Spotykaliśmy się od roku i mieszkaliśmy razem przez sześć miesięcy, zanim
zaszłam w ciążę. I nie zapominajmy, że powiedziałaś też Juno, że diabeł świeci
z odsłoniętej kobiecej skóry, gdy miała trzy lata. Podczas każdej kąpieli przez
miesiąc po tym, jak to powiedziałaś, pytała Mamusiu,
czy diabeł świeci ze mnie?”
Czekaj.
Łał.
Poczekaj
sekundę.
Czy
Saffron właśnie się wzdrygnęła?
„Saff,
co się dzieje?” - zażądałam.
Opuściła
rękę z biodra i odwróciła się, aby przejść wzdłuż frontowej części kościoła,
zapewniając - „Nic”.
Dogoniłam
ją i szłam u jej boku.
Kiedy
skręciliśmy za róg, powiedziałam - „Wiem, że coś się dzieje. Ty wiesz, że ja wiem. Więc pilnuj się,
siostrzyczko”.
Zatrzymała
się i przypaliła mnie spojrzeniem.
Potem
uderzyła mnie swoim najlepszym strzałem.
I
to było coś
wielkiego.
„Jeśli
w ogóle masz dla niej szacunek, powinnaś pozwolić mamie umrzeć w spokoju,
Pepper. Nienawidzi sposobu, w jaki żyjesz. Nienawidzi sposobu, w jaki
wychowujesz Juno. Ona rozpacza, że ty i Birch staliście się tacy źli. I
codziennie modli się do Boga, aby udzielił jej odpowiedzi na temat tego, co zrobiła,
że ty okazałaś się taka, jak ty to się
stałaś”.
Stałam
tam, w przenośni wykrwawiając się na chodniku.
Albo
tego nie zauważyła, nie miała czasu się tym rozkoszować, albo nie obchodziło
ją, że to zrobiła.
Mówiła
dalej.
„Teraz”
- dodała - „mamy wąskie okno czasowe. Taty nie ma, bo jest na spotkaniu, ale
siostry mogą w każdej chwili wejść”.
„Siostry?”
– wyszeptałam, zbyt poruszona tym, co mi przed chwilą powiedziała, by podnieść
głos wyżej.
„Inne
w grupie taty”.
„Masz
na myśli jego inne żony” - wyjaśniłam za nią.
„Tak”
- stwierdziła krótko - „Jego inne żony. A one mu powiedzą. Więc musimy iść”.
„I
musimy iść, żebym mogła teraz pożegnać się z mamą, zamiast próbować spędzić z
nią więcej czasu, żeby mogła umrzeć w pokoju. Pokoju ode mnie”.
Jej
głowa zatrzęsła się, ale powiedziała - „Tak myślę, że tak będzie najlepiej”.
„A
co z Juno?”
Patrzyła
mi martwo w oczy, kiedy odpowiedziała - „Pepper, tańczyliśmy wokół tego od lat.
Ale powinnaś wiedzieć, wszyscy uważamy Juno za prawdziwego bękarta Kościoła,
zrodzonego z niego i pozamałżeńskiego. Wielebny Clyde nawet nie uznaje jej za
członka naszej rodziny. Nie wyobrażam sobie, jak pomogłoby Juno lub mamie,
gdyby którakolwiek z nich była ze drugą w tym trudnym czasie”.
Mój
głos znów był cichy, kiedy stwierdziłam - „Mama kocha Juno”.
„Za
tydzień lub dwa, miesiąc, a może kilka dni mama zrozumie, jak blisko jest
Boga”.
„Masz
na myśli to, że mama będzie tak bardzo cierpiała, że nie wiedziałaby, gdyby
archanioł Gabriel siedział przy jej łóżku i poklepał ją po ręce”.
Saffron
nie odpowiedział.
Więc
odpowiedź brzmiała… tak.
To
właśnie miała na myśli.
Dobry
Chryste.
„Chcę
widzieć całą tę rozmowę jako przebłysk światła w ciemności, w której próbuję
dowiedzieć się, co zrobić z moją miłością do was wszystkich, bo ono absolutnie
pokazuje mi drogę do zrozumienia, że nie jesteś zdrowa dla mnie lub Juno. Ale
nie widzę tego w ten sposób. Nic nie widzę. Po prostu czuję. A wszystko, co
czuję, to ból” - oznajmiłam.
Kolejne
wzdrygnięcie.
Nie
obchodziło mnie to.
Rozkazałam
- „Zabierz mnie do mamy, żebym mogła się pożegnać”.
A
potem pomaszerowałam chodnikiem, chociaż nie miałam pojęcia, dokąd idę.
„Pepper”
Zatrzymałam
się i obejrzałam.
„Powinnaś
była nas wypuścić lata temu” - powiedziała.
„Głupia
ja, kochałam was. Więc tego nie zrobiłam. Ale dziś skoczyłaś olbrzymimi
krokami, by zająć się tym problemem, Saff. Więc co powiesz na to, że to zrobimy,
żebym mogła wyjść z twojego otoczenia i po prostu być z dala od tego miejsca”.
Stałyśmy
tam, dwie siostry, patrząc sobie w oczy i nie umknęło mi to jak to robiłyśmy.
Była
za mną o kilka kroków.
Byłam
przed nią, nie do końca odwrócona do niej, patrząc na nią przez ramię.
Wiedziałam,
że zapamiętam ten moment do dnia śmierci.
To
byłyśmy właśnie my.
To
byłyśmy my w przeszłości.
To
zawsze będziemy my.
Ja
się uwolniłam.
Saffron,
z tyłu, całkowicie pogrążona w absolutne gówno.
Skinęła
głową.
Żadna
z nas nie odezwała się do siebie ani słowem, kiedy prowadziła mnie do drzwi na
tyłach budynku. Weszłyśmy do środka, a ona poprowadziła mnie przez coś, co
można opisać tylko jako dormitorium złożone z dużych apartamentów, które
wyglądały jak małe mieszkania.
Większość
drzwi była otwarta, ale nie widziałam nikogo.
Na
końcu tej podróży była moja mama.
I
żegnaj.
*****
Auggie
Auggie
nie czuł się dobrze po tym, jak dostał SMS’a Pepper:
Nie
poszło świetnie.
Niedopowiedzenie tysiąclecia.
A
zaraz po tym:
Zadzwonię,
kiedy
Juno
pójdzie spać.
Mam
nadzieję,
że masz dobry dzień.
A
nie czuł tego, bo Pepper była z tych, co przetwarzają rzeczy. Nie zakopywała
ich. Czuła je. Rozmawiała o tym. Sortowała to. I załatwiła to.
Może
robiła to i potrzebowała przestrzeni, żeby zrobić to sama.
Ale
Auggie nie zauważył tego od niej.
To
było „niedopowiedzenie tysiąclecia”.
Nie
poczuł się lepiej, kiedy zapytał SMS’em, czy chce, żeby wpadł, a ona nie
odpowiedziała.
Następnie
zapytał:
Daj
mi tylko znać,
że jest okej. Dobra?
I
na to też nie odpowiedziała.
To
dlatego był przy jej drzwiach i naprawdę tego nie czuł, bo dzwonił, pukał, a
ona nie pojawiała się w drzwiach.
Zawsze
pojawiała się w drzwiach.
W
tym kościele działo się mroczne gówno.
A
ona była w tym kościele.
Teraz
była duchem?
Stojąc
w jej drzwiach, wyjął telefon i zadzwonił.
Kiedy
dostał pocztę głosową, powiedział - „Hej, jestem na zewnątrz. Szybkie
sprawdzanie, aby upewnić się, że jesteś okej. Potem wyjdę i porozmawiamy, kiedy
będziesz gotowa”.
I
zrobił to, wracając do swojego samochodu i chwytając swój zestaw.
Kiedy
nie oddzwoniła ani nie otworzyła drzwi, zanim wrócił, otworzył swój zestaw, wybrał
jej zamek w dwadzieścia sekund i wszedł do środka.
Szybkie
skanowanie dolnego piętra.
Nic.
Ale
jej torebka była w biurze, a jej samochód w garażu.
Poszedł
na górę.
Wszystkie
drzwi były otwarte, z wyjątkiem jej na końcu.
Gówno.
Może
przesadzał.
To
może być jej pora na drzemkę.
Stał
w korytarzu na piętrze, niezdecydowany co do tego, co sądzi o tym, że zachowuje
się jak totalny prześladowca, włamując się do jej domu, aby upewnić się, że
wszystko z nią w porządku, kiedy drzwi jej sypialni się otworzyły.
Wydała
odgłos zdziwienia, kiedy go zobaczyła i cofnęła się o krok, z ręką na drzwiach,
jakby zamierzała je zatrzasnąć.
Kurwa.
„To
tylko ja” - zauważył oczywistość.
Wyszła
ze swojego pokoju, ale tylko trochę - „Jak się tu dostałeś?”
Tak.
Zachowuje
się jak prześladowca.
Najgorszy
rodzaj.
Taki,
który miał zestaw do otwierania zamków.
„Przeraziłaś
mnie, nie odpowiadałaś na SMS-y, nie otwierałaś drzwi, właśnie spotkałaś swoją
mamę i byłaś w tym kościele. Więc wybrałem zamki”.
Przez
sekundę stała nieruchomo.
Dwie.
Potem
zaczęła się śmiać.
Okej,
to było dobre.
W
środku śmiechu zaczęła szlochać.
Racja,
to nie było dobre.
„Aug”
- jęknęła, unosząc rękę w jego stronę.
Uznał
to za zaproszenie, więc nie zwlekał z tym, by iść do niej i wpadła w jego
ramiona.
„Jakie
to niesamowite, że mój chłopak potrafi otwierać zamki?” - zapytała, wciąż
płacząc w jego klatkę piersiową.
„Jeśli
cieszysz się, że tu jestem, dlaczego nie odpowiedziałaś na moje wiadomości z
pytaniem, czy wszystko w porządku?”
„Wysłałam
ci SMS-a, kiedy wróciłam do domu i przyszłam tutaj, aby spróbować znaleźć
trochę spokoju. Zostawiłam telefon w biurze.”
„Mała”
- zawołał.
Zwróciła
na niego załzawione oczy.
„Rozumiem
twoją zasadę. Lubię ją. Będę jej przestrzegał. Ale, wiesz, jak idziesz gdzieś,
gdzie uważam, że nie jest bezpiecznie prowadzić emocjonalną rozmowę z ciężko
chorą matką, piszesz do mnie i mówisz, że nie poszło świetnie, to trzymasz się
i czekasz na SMS-a zwrotnego. Albo, z większym prawdopodobieństwem, na mnie pokazującego
się tak, jak przed chwilą, ale nie musiałbym wybierać zamków. Tak?”
„Przepraszam”
- pociągnęła nosem.
„Nie
ma za co przepraszać. Uczymy się nawzajem. To chwila nauki”.
Zaczęła
się śmiać przez łzy.
Zapytał
- „Chcesz stać w korytarzu i płakać, czy zejść na dół?”
Nie
chciała.
Powiedziała
mu to, zabierając go do swojej sypialni.
To
nie był odpowiedni czas.
Ale
uderzyło go do głębi, że nie mógł się doczekać, żeby ją tu pieprzyć.
Wspięła
się do łóżka, wciągnęła go ze sobą, a gdy się z nią ułożył, zauważył, że
uwielbia to, że w jej pokoju nie było dużo bałaganu, tak jak w jego.
Ale
wszystko było miękkie. Gruba dzianina narzuta w nogach łóżka.
Śnieżnobiały
strzęp sztucznego futra rzucony na fotel w kącie. Ozdobne poduszki w
powłoczkach z dzianiny bąbelkowej.
Przygiął
się, żeby jego buty nie znalazły się na jej narzucie, a ona się przytuliła.
On
nie naciskał.
Ona
nie spieszyła się.
Ale
kiedy się odezwała, nie dała mu tego, po co tam przyszedł.
Powiedziała
- „Hawk mnie znienawidzi, jeśli wyrobisz sobie nawyk opuszczania dla mnie
pracy”.
„Oczywiście
musisz znacznie lepiej poznać Hawka”.
Pociągnęła
nosem, a potem westchnęła.
A
potem dała mu to, po co przyszedł.
„W
zasadzie pożegnałam się dzisiaj z mamą. Nie chcą mnie ani Juno, kiedy to będzie
się działo. Byłyśmy obowiązkiem, który im nie smakował, odkąd wyszłam z domu
dziesięć lat temu. Najwyraźniej więc wtedy mnie puścili. A dzisiaj stało się
jasne, że muszę skorzystać z tego programu”.
Auggie
nie ufał sobie na tyle, by coś powiedzieć.
Szła
dalej.
„Staram
się postrzegać to jako dobre. Nie dostali ode mnie niczego. Nie byłam pewna,
czy dla Juno byłoby to zdrowe. Ale zajmie mi to trochę czasu. Moja matka
wolałaby umrzeć bez córki w pobliżu. Mam rodzeństwo, którego nigdy nie poznam.
Cokolwiek dzieje się z tym kościołem, dzieje się i prędzej czy później mogą
skończyć w głębokim gównie. Ale nie mam nad tym kontroli. Więc…”
Jej
pozwolenie, by to zawisło, było słownym wzruszeniem ramion.
„A
co z kręgiem modlitewnym?” - zapytał.
„Co?”
- zapytała z powrotem.
„Myślałem,
że miałaś brać udział w kręgu modlitewnym”.
Jej
ciało napięło się.
Potem
podniosła się z przytulenia do jego klatki piersiowej.
Pochwyciła
jego wzrok.
Po
jej lewej stronie, jej tusz do rzęs został roztarty na skroni. Po jej prawej
stronie, która była przy jego klatce piersiowej, był rozmazany w całym kąciku
oka.
Nadal
była piękna.
„Saffron
ani mama nie wspomniały o kręgu modlitewnym”.
Żadnej
wzmianki teraz. Ale dwa tygodnie temu namawiały Pepper, aby odnalazła swojego
dawno zaginionego brata i dopełniła ten niezwykle ważny krąg.
To
było tak podejrzane, że poczuł tego zapach w pokoju.
Nic
nie powiedział.
„Może
ponownie się zastanowili i zdecydowali, że skażę krąg” – zasugerowała.
„Może”
- mruknął.
Ale
tak nie sądził.
Pomyślał,
że między tamtym a teraz mogli tam zobaczyć ją i jej przyjaciółki oraz
mężczyzn, kilka z nich na pewno pojawiło się na nabożeństwie, a Pepper zrobiła
awanturę.
Uważał
też, że ludzie robiący oślizgłe rzeczy, które również były potencjalnie
zbrodnicze, nie lubili ludzi wokół, którzy myśleli, że są oślizgli i
potencjalnie mogą być zbrodniarzami.
Na
pewno nie takich, którzy węszyli, a kobiety kryły ich operacje.
Ale
tak.
Być
może.
Bardziej
prawdopodobne, że nie.
„Ona
nie chce się pożegnać z Juno, Aug.”
Skupił
się na niej.
„Jak
to jest zwariowane?” - szepnęła, jej głos był zatkany i wypruwał mu wnętrzności.
Szukał
czegoś do powiedzenia.
I
wtedy coś znalazł.
„Może
się chować za wszystkimi kościelnymi sprawami, Słonko. Nie zareagowałaś dobrze,
kiedy ją zobaczyłaś. Mogła chronić Juno przed tym samym”.
Rozpromieniła
się na to.
„O
mój Boże, możesz mieć rację. Ona była… ona…” - potrząsnęła głową i gwałtownie
wciągnęła powietrze przez nos.
„Nie
musisz kończyć” - powiedział jej.
Spojrzała
na jego klatkę piersiową, gdzie szczypała i puszczała jego koszulkę.
„Więc
tak. Tak” - powiedziała to dwukrotnie i podniosła wzrok na jego. „Dobrze to
wymyśliłeś, Słonko. Bo, szczerze mówiąc, gdyby świat był doskonały, Juno nigdy
nie widziałaby swojej babci takiej, jaką była. Była… z bliska… była…” - przełknęła
ślinę - „w gorszym stanie”.
Kurwa.
„Kochanie”
- mruknął.
Wróciła
do skoncentrowania się na ściskaniu i puszczaniu jego koszulki.
Dał
jej czas.
Potem
zapytał - „Będzie dobrze, jak zostaniesz dzisiaj tylko z Juno? Pójście do
pracy? To wszystko?”
Skinęła
głową.
Pewnie
nie byłaby okej, ale i tak by się przebiła.
„Porozmawiasz
z Juno?” - zapytał.
„Myślę,
że może, nie wiem… może byłoby dobrze, żebyś był w pobliżu, kiedy to zrobię.
Odwracasz uwagę. Jesteś zdrowy i pełen witalności. I bez obrazy, Słonko, ale
jesteś nową, błyszczącą zabawką”.
Uśmiechnął
się - „Bez obrazy”.
„Nie
żeby ona cię tak widziała” - powiedziała pospiesznie.
„Wiem
co masz na myśli. Ona mnie lubi. Jestem ekscytujący. Daję jej nadzieję. I to
jest równowaga. Źle z twoją mamą, a ja będę dobry”.
„Tak,
to” - powiedziała z żałośnie wykrzywionymi w górę kącikami ust.
Założył
jej włosy za ucho - „Więc dziś wieczorem i jutro to przechodzisz. Jeśli tego
potrzebujesz, piszę SMS-a lub dzwonię, a mimo to chcę, żebyś się meldowała. W
czwartek zjemy wczesną kolację i pójdziemy budować dekoracje. A w ten weekend
możemy razem coś zrobić i wtedy możesz z nią porozmawiać.
„Brzmi
jak plan”.
„Nienawidzę
tego dla ciebie”.
Jej
usta opadły - „To było okropne, Aug.”
Wziął
ją z powrotem w ramiona i przytulił.
„To
jest lepsze” - powiedziała w jego szyję.
„Dobrze”
- mruknął szorstko.
„Musisz
wracać do pracy?”
„Mogę,
jeśli nie masz nic przeciwko. Mogę zadzwonić, jeśli nie”.
Pokręciła
głową i powiedziała - „Nie. Teraz wszystko w porządku. Albo lepiej” - uniosła
głowę - „Idź”.
Pochylił
się i pocałował ją.
Kiedy
się cofnął, ona przysunęła się i pocałowała go.
Kiedy
skończyła, nie odsunęła się daleko, zanim zaprosiła - „Możesz otwierać moje
zamki w każdej chwili, Auggie. Chociaż byłoby o wiele łatwiej, gdybym po prostu
dała ci klucz”.
I
na to nie robił tego głośno ani długo.
Ale
się roześmiał.
Tak.
Mogła
nie być całkiem w porządku.
Ale
wykonał swoją pracę.
Czuła
się lepiej.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńTen kościół przeraża mnie Auggi z chłopakami muszą coś z nim zrobić.
CZekam na kolejny rozdział.
dziękuje
OdpowiedzUsuń