niedziela, 12 grudnia 2021

2 - Gonzo dla Boga

 

ROZDZIAŁ 2

 

Gonzo[1] dla Boga

 

 

 

Pepper

 

„O mój Boże, zabiję ją” – mruknęłam do siebie, spoglądając na siostrę stojącą na moim ganku, gdy jechałam do mojego miejskiego domu w mojej nudnej miejskiej społeczności, gdzie każda jednostka wyglądała jak następna.

Z wyjątkiem tego, jak wszyscy starali się prześcignąć wszystkich w dziedzinie dekoracji domu na świeżym powietrzu.

W tym ja.

Halloween właśnie minęło, ale Święto Dziękczynienia było tuż za rogiem.

Dlatego miałam na drzwiach przyciągający wzrok wieniec z gęstego kręgu obfitych pomarańczowych jagód.

Miałam też wir fałszywej, cienkiej gałęzi, która miała atrakcyjną smugę jesiennych liści, umiejętnie kołysząc się nad belką z przodu mojego ganku.

Miałam też uroczo pomalowaną deskę położoną obok frontowych drzwi, po której spływał napis WDZIĘCZNOŚĆ i duże garnki wypełnione zatłoczonymi sprayami mumii w kolorze przypalonej pomarańczy i kremu. Były one przeplatane pomarańczowymi i białymi dyniami po obu stronach drzwi.

A na ceglanych schodach prowadzących na ganek było więcej tych garnków i dyń, starannie porozrzucanych po bokach. Przeplatały się z nimi bajkowe światła, które zapalały się po zachodzie słońca.

Były to kroki, które w tej chwili doprowadziły do tego, że moja siostra stała na moim ganku wśród moich jesiennych wysiłków, aby nadążyć za Jonesami, jednocześnie dając domowy dom mojej córce, aby pewnego dnia mogła powiedzieć - „Moja mama była taka świetna. Uwielbiała Święta. Robiła wszystko co sezon, dekorując dom, jak nie uwierzysz! Była najlepszą mamą na świecie!”

Tak.

To był mój cel.

Przynajmniej ostatnia część była.

Innymi słowy, mój wystrój nie był najlepszy w sąsiedztwie, ale nie był do niczego.

Nie zachwycałam się świątecznym wystrojem, gdy uderzyłam w pilota do garażu i to nie tylko dlatego, że była tam moja siostra.

Moglibyśmy po prostu powiedzieć, że w drodze do domu nie udało mi się znaleźć mojego środka.

Nie odetchnęłam też i nie wycofałam się mentalnie do serca, gdzie zawsze powinnam być bezpieczna.

Nie.

Płakałam, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego do diabła płaczę, a potem zaczęłam się wściekać.

Ponieważ poważnie…

Co do cholery?

Nie zasłużyłam na to od Auggie’go.

Nie ma cholernej mowy.

Więc jego najlepszymi kumplami były Mo, Mag, Boone i Axl.

A Lottie załatwiła im fantastyczne kobiety i wszyscy żyli z różnymi wersjami szczęścia.

A jakaś wersja tego nie zdarzyła się Auggie’mu i mnie.

Ale nie dlatego, że pogrywałam nim.

Nie dlatego, że szarpałam jego łańcuch.

To dlatego, że w tym scenariuszu nie byłam tylko ja.

I wyjaśniłam mu to.

Zrobiłam to w tamtych czasach, kiedy, niestety, ale tak, wielokrotnie go odstrzeliłam.

Teraz można powiedzieć, że cieszyłam się, że stało się to z Auggie’m na parkingu przed szkołą Juno, bo jadąc do domu zdałam sobie sprawę, że to dobrze, że nigdy nie spróbowaliśmy.

Bo był kutasem.

I w tej chwili, z oczywistych powodów, naprawdę nie potrzebowałem tego, cokolwiek to było, z moją siostrą.

Musiałam iść na górę do swojego pokoju, zapalić świeczki, usiąść ze skrzyżowanymi nogami, zamknąć oczy, zamknąć to wszystko i oddychać.

Nawet nie wyłączyłam samochodu, zanim dotknęłam pilota, aby opuścić bramę garażową, na wypadek, gdybym musiała odciąć jej przejście.

Ale kiedy weszłam do kuchni, zadzwonił dzwonek do drzwi.

Część druga mojej prośby, aby być wszystkim, czym mogłam być dla mojego dziecka, aby dać jej wszystko, co mogłam: chociaż nasz kompleks domów miejskich nie miał strukturalnie całej oryginalności we wszechświecie (jednak Bitwa O Sezonowy Wystrój Plenerowy rozrosła się do epickich rozmiarów, więc nie brakowało jej osobowości), wnętrze naszego domu było, jeśli tak powiem, wszystkim.

Z garażu wchodziło się do morza czystych białych szafek w dużej kuchni. Był tam lśniące płytki w kolorach szarym i brązowym ułożone w jodełkę. Wyspa pośrodku miała po jednej stronie kilka zabawnych półek, na których umieściłam rośliny, ramki do zdjęć i książki kucharskie. Urządzenia były wspaniałe ze szczotkowanej stali nierdzewnej. A oprawa oświetleniowa nad wyspą, z pięcioma jasnymi żarówkami zamkniętymi w otwartej metalowej ramie, była atrakcją.

Pokój rodzinny połączony był bezpośrednio z kuchnią.

Zawierał boski kudłaty dywan w kolorze grzybów. Juno i ja wybraliśmy różową kanapę (bardziej rumieniec, więc była na wpół neutralna, a nie krzykliwa) z puszystym oparciem. Okrągły stolik kawowy stał na środku dywanu i był udekorowany matowym, różowym wazonem wypełnionym mlecznymi daliami i pędami liści eukaliptusa. Pod ścianą naprzeciwko kuchni stała biała zabudowa z naszymi książkami, telewizorem i bibelotami. A na podłogach porozrzucane były różowe pufy i ogromne, z wełnianym, szydełkowym pokryciem poduszki do wylegiwania się. Wygodne fotele w kolorze orzechowym z dużymi kwadratowymi poduszkami ze sztucznego futra śnieżnego dopełniały ten obszar.

Był czysty i schludny, pogodny i kobiecy, ale wciąż miał charakter, był ciepły i gościnny.

Uwielbiałam wracać do domu.

Uwielbiałam sprzątać nasz dom.

Uwielbiałam gotować w naszej kuchni albo leniuchować na tej różowej kanapie i wgapiać się w telewizor.

Nie podobało mi się, że mój dzwonek do drzwi dzwonił bez przerwy.

Do diabła.

Widziała, jak przyjechałam, była moją siostrą i niefajnie było jej unikać. Biorąc pod uwagę to, dlaczego prawdopodobnie tam była (aby zaprosić mnie do kościoła, zażądać, abym szła do kościoła, na spotkanie modlitewne, albo usiadła z ich przerażającym pastorem, albo jakąś kombinacją lub odmianą powyższego, z których wszystko miałam, przez całą dekadę i odmawiałam tego na różne sposoby od uprzejmych i łagodnych do niecierpliwych i zwięzłych), to było niefajne z jej strony, że nie unikała mnie, to prawda.

Ale ja w każdej sytuacji starałam się być najmniej niefajną.

Na głębokim wdechu weszłam do holu, który po prawej stronie był otoczony schodami i weszłam do wspomnianego przedpokoju, który był w rzeczywistości dość duży i okazały, biorąc pod uwagę, że cały budynek liczył mniej niż sześćset metrów kwadratowych.

Po jednej stronie przedpokoju znajdowała się szafa, toaleta, a po drugiej małe biuro, które założyłam jako podwójną strefę. Jedna miała niezwykle dziewczęce biurko, na którym Juno mogła odrabiać lekcje, robić rękodzieło albo bawić się na swoim fioletowym laptopie lub czymkolwiek, co ją porywało. Druga była z nieco mniej dziewczęcym biurkiem, na którym mogłam płacić rachunki i pisać listy oraz robić zakupy online.

Technologii nie wolno było być nigdzie indziej w tym domu.

Poza biurem spędzaliśmy czas razem lub z książkami, czasopismami, telewizją, rękodziełem lub własnymi myślami.

Tylko w ten sposób byłam twardą mamą.

Ale nie było mowy, żeby moje dziecko zostało wciągnięte przez media społecznościowe ani traciło połowę czasu na YouTube, kiedy życie ma do zaoferowania o wiele więcej.

Na przykład przeżyć je.

Na szczęście wciąż była trochę za młoda, żeby się tym przejmować.

Ale musiałam teraz zasiać to ziarno i przepasać moje lędźwie, ponieważ to nadchodziło, wiedziałam o tym.

Otworzyłam drzwi i, niestety, dla mojej siostry Saffron, kiedy to zrobiłam, byłam zwarta i gotowa.

Nie pomogło to, że miała na sobie sweter z okrągłym dekoltem, sztruksowy żakiet, apaszkę nie owiniętą zawadiacko wokół szyi, ale zamiast tego owiniętą, by ukryć skórę i wełnianą spódnicę w kształcie litery A, która kończyła się dokładnie cztery centymetry poniżej kolana. Jednak tam również nie była widoczna żadna skóra, bo miała na sobie kozaki na niskim obcasie. Nie miała też makijażu, a jej włosy były ściągnięte w węzeł tuż przy czaszce.

Gdybym jej nie znała, spodziewałabym się, że spróbuje wręczyć mi broszurę i zapytać o moją relację z Bogiem.

Mimo że ją znałam, nie zdziwiłabym się, gdyby mi wręczyła broszurę i poprosiła, abyśmy porozmawiali o mojej relacji z Bogiem.

Prawdę mówiąc, domyślam się, że była tam, bez broszury, ale w przebraniu dziewczyny z kościoła, gotowa porozmawiać ze mną o mojej relacji z Bogiem.

„Saffron, nie mogę teraz tego zrobić” - warknęłam.

„Mama ma raka”.

I po raz kolejny tego dnia stałam nieruchomo oszołomiona. Ale tym razem wydawało mi się, że moje wnętrzności się kurczą.

„Co?” - wyszeptałam.

„Ma raka i to nie jest dobre. Rodzina cię potrzebuje, Pepper”.

Powoli pokręciłam głową.

Źle zrozumiała mój kręcenie głową, co polegało na tym, że nie mogłam zrozumieć, że moja matka ma raka i to „nie było dobre”.

„Nie, naprawdę” – ciągnęła - „Potrzebujemy cię”.

„Ja… ja… jaki rodzaj raka?” - zapytałam.

„Piersi, ale ma przerzuty do węzłów chłonnych”.

O Boże.

Węzły chłonne były złe. Wszyscy o tym wiedzieli.

Zeszłam jej z drogi, wyginając rękę nisko przed sobą, by ją zaprosić.

Weszła, ale nie ruszyła się dalej niż do przedpokoju, jak zwykle, ponieważ, jak sądzę, obawiała się poza tym, że poczuła, że zostanie skażona moim gniazdem nieprawości.

Zamknęłam drzwi i odwróciłam się do niej - „Nie mogę w to uwierzyć”.

„Ja też nie mogłam. Ale to prawda”.

„Ja… mój Boże” - zebrałam się w garść - „Dobra. Czego potrzebujesz? Więcej, czego mama potrzebuje? Chcesz wejść i usiąść? Mogę zaparzyć nam kawę”.

„Pepper, nie powinnaś tak używać imienia Pana. A Pan marszczy brwi na narkotyki, a wiesz, że kofeina jest narkotykiem”.

Zamknęłam usta.

„A naprawdę…” – kontynuowała – „…musisz na to uważać. Na wszystko. Potrzebujemy cię czystej do kręgów modlitewnych”.

O-oo.

„Kręgi modlitewne?”

Skinęła głową - „Musimy też znaleźć Bircha. Od razu. Miałaś od niego wiadomości?” - kontynuowała.

Birch był naszym starszym bratem i nie miałam od niego wiadomości od lat.

Nikt inny też nie.

„Nie, nie miałam, Saffron. Słuchaj…”

„Musimy go znaleźć. Tak szybko, jak to możliwe. Musi tam być cała rodzina, aby dopełnić krąg”.

Tak.

O-oo.

„Saffron, posłuchaj” – syknęłam - „Muszę wiedzieć, co się dzieje. Kiedy zdiagnozowano mamę? Gdzie? Czy wyjaśniono jej możliwości leczenia? Czy wy wszyscy...?”

„Zdiagnozowano ją w zeszłym roku”.

Sapnęłam, bo…

Dobrze…

W zeszłym roku?

A ja dopiero teraz o tym usłyszałam?

Co do diabla?

W zeszłym roku?

„Tak” – powiedziała energicznie - „A wtedy chciała spróbować leczenia, które zasugerował lekarz, więc tata na to pozwolił”.

„On na to pozwolił?” - powtórzyłam.

Skinęła głową, również energicznie - „Tak. A wtedy wszystko wyglądało dobrze, a potem nie wyglądało. Więc dla wszystkich jest oczywiste, że to nie jest w rękach lekarza, to jest w rękach Boga. Dlatego potrzebujemy pełnego koła”.

Dobra.

Mój tata i siostra myśleli, że rak mojej mamy jest w rękach Boga.

I mieli rację.

Tak było.

Chodziło o to, że On dał tę chorobę mojej matce. Dał ją naszej rodzinie. To mama miała zatroszczyć się o drogocenne życie, które również On jej podarował. A my musieliśmy zatroszczyć się o drogocenne życie, jakim była moja matka.

I chociaż spodziewałam się, że Bóg pasowałby do kręgu modlitewnego, prawdopodobnie oczekiwał od nas wszystkich o wiele więcej.

Racja.

Czas się skoncentrować i odetchnąć.

Saffron nie oddychała.

Mówiła dalej.

„Dlatego potrzebujemy ciebie. Potrzebujemy też Bircha. Musimy zacząć od razu”.

To, czego potrzebowałam, to skupienie się na ważnych rzeczach, więc to zrobiłam.

„Co z nią?”

„Traci na wadze i jej poziom energii nie jest świetny”.

Saffron zawsze była bardzo blisko z tatą. Podobnie jak mama, naturalnie, będąc z tatą i uszczęśliwiając tatę, więc Saffron i mama spędzały dużo czasu ze sobą.

Szczerze mówiąc?

Nie miałam pojęcia, czy moja siostra była blisko mojej matki. Moja rodzina nie okazywała sobie czułości (no cóż, ta trójka, Birch i ja dla siebie tak).

Bóg (lub ich Bóg) marszczył brwi na tego typu rzeczy.

Ale mama była mamą.

Nie byłam blisko mamy i ta wiadomość mnie zakręciła.

Zrobiłam krok w kierunku mojej siostry, unosząc rękę, żeby jej dotknąć, zaczynając od - „Saffron…”

Pochyliła się do mnie i odgryzła - „Nie chcę tego słyszeć”.

Znieruchomiałam z uniesioną ręką i spojrzałam jej w oczy.

Jej szalone oczy Gonzo dla Boga, które nie wpuszczały niczego innego.

Bo to właśnie uszczęśliwiało tatę.

Więc to właśnie dawała mu Saffron i mama.

„Pomożesz mamie, czy nie?” - zażądała.

Opuściłam rękę i powiedziałam cicho - „Oczywiście, że chcę pomóc. Będę tam dla niej. Muszę pomyśleć o tym, jak chcę zaangażować Juno, bo dorasta, ale dla małego dziecka to dużo, by to zrozumiała. Ale nie sądzę, że modlitwa…”

Saffron mi przerwała.

„Masz tych przyjaciół, tych… mężczyzn. Mogą robić różne rzeczy. Czy mogą znaleźć dla nas Bircha?”

Birch zniknął ponad dziesięć lat temu, nie dając ani jednego słowa ani znaku.

Auggie i komandosi prawdopodobnie mogliby go znaleźć w ciągu godziny.

Nagle w mojej głowie pojawił się nieproszony scenariusz telefoniczny.

Mnie dzwoniącej do Auggie’go.

Dzyń, dzyń, dzyń.

„Halo, bałamutnico”.

„Halo tobie też. Posłuchaj, moja mama ma raka i najwyraźniej jest źle. Potrzebujemy pełnego, czystego kręgu modlitewnego, ale nikt nie wie, gdzie jest mój brat. Czy możesz mi wyświadczyć przysługę i go znaleźć?”

„Twoja mama ma raka?”

„Tak”.

„To wygodne”.

„Nie całkiem”.

„Chodzi mi o to, że masz wymówkę, żeby do mnie dzwonić, żeby móc dalej szarpać mój łańcuch”.

„Rozumiem, o co ci chodziło”.

„Krąg modlitewny?”

„Nigdy nie udało nam się być koło siebie na tyle długo, bym wyjaśniła, że moja rodzina to Gonzo dla Boga. Może ci się to wydawać szalone, ale oni wierzą, że modlenie się o nią sprawi, że Bóg pośpieszy i wyleczy jej raka. Zwykle nie angażuję się w takie rzeczy, ale tym razem być może będę musiała dać się wciągnąć. Choćby po to, żeby spędzić trochę czasu z mamą. Bo ona też jest Gonzo, ale wciąż jest moją mamą. Dlatego też muszę znaleźć sposób na zlokalizowanie mojego brata, który uciekł przez te wszystkie szalone lata temu, i jego również wciągnąć. Czy możesz w tym pomóc?”

Długa pauza.

„Niezła próba, podrywaczko”.

Odłożyłby słuchawkę.

„Pepper!” - Saffron warknęła.

Moje ciało się szarpnęło i ponownie skupiłam się na niej.

„Czy możesz poprosić ich o pomoc?” - pchnęła.

Mogłabym całkowicie poprosić Mo. Wyglądał jak zły poplecznik złoczyńcy z Bonda, ale był kochany. A gdybym poszła do niego przez Lottie, mógłby nawet ukryć to przed innymi facetami.

Maga, Boone’a i Axla, prawdopodobnie nie mogłam poprosić, ponieważ chętnie by pomogli, ale podzieliliby się tym z Auggie’m.

Co do Auggie’go… cóż, to było oczywiście duże, grube „nie”.

„Zastanowię się” – powiedziałam do siostry.

„Nie mamy czasu, abyś o tym myślała”.

Moje wnętrzności znów zaczęły się kurczyć, a mój głos obniżył się, kiedy zapytałam - „Co masz na myśli, że nie mamy czasu, żebym o tym myślała?”

„Mówiłam ci, mama ma raka”.

„Słyszałam cię, ale…”

„Nie relaksujesz się z rakiem”.

Tylko eliminujesz go za pomocą kręgu modlitewnego?

„Więc poprosisz ich o pomoc w znalezieniu Bircha, czy co?” - naciskała.

Dobra, jako striptizerka zarobiłam naprawdę dobre pieniądze.

Kupiłam sobie ładny dom, w ładnym sąsiedztwie, ze świetnym krajobrazem i dziejącą się Wojną O Sezonowy Wystrój, niesamowicie umeblowałam ten dom, trzymałam moje dziecko (i siebie, musiałam przyznać) w modnych / stylowych / dobrej jakości ubraniach za dobre pieniądze.

Zrobiłam nawet miesięczny depozyt na konto oszczędnościowe, które zaczęliśmy z Corbin’em, gdy urodziła się Juno, które wyrwałam mu, gdy miała pięć lat i dowiedziałam się, że nadal pieprzył swoją ukochaną z liceum. A kiedy użyłam słowa „nadal”, użyłam go w tym sensie, że nie zrezygnował z niej od czasu liceum. A ja wtedy miałam dwadzieścia pięć lat, a on dwadzieścia osiem.

Gdybym mogła utrzymać te depozyty i bawić się tymi pieniędzmi, obracając je w bardzo oprocentowanych płytach CD i tym podobnych, zmniejszyłoby to presję finansową, gdyby Juno poszła do college’u lub szkoły handlowej. A gdyby tego nie zrobiła, byłoby to dla niej miłym gniazdkiem do założenia na całe życie, ratując ją od zadłużenia karty kredytowej, które mogło narosnąć, bo potrzebowałaby garnków, patelni i kanapy.

Z moich dodatkowych zarobków zostawało niewiele i było to stanowczo odkładane na czarną godzinę. A ponieważ były rzadkie (choć rosły) i wszystko mogło się zdarzyć, nigdy tego nie tknęłam.

Ale przypuszczałam, że kiedy twoja matka miała raka – a Saffron nie ukrywała, że jest źle – uważałaś, że to jest czarna godzina.

Nie było mowy, by Birch wrócił do domu, aby połączyć ręce i śpiewał Kumbayah Bogu.

Wystarczy powiedzieć, że mój brat był dobrym facetem. Zabawny i sprytny, i dopóki nie wystartował, on i ja jako wyrzutkowie tej załogi byliśmy jak papużki nierozłączki.

Rozumiałam to. Nie żywiłam urazy. Całkowicie rozumiałam, dlaczego zniknął.

Ale jak znałam mojego brata, chciałby wiedzieć, że było tak źle z mamą. Tak, czarna godzina, może powinnam wykorzystać ten dodatek, aby zatrudnić prywatnego detektywa.

Skoro Auggie i chłopaki, przeszkoleni w różnych dziedzinach, mogli znaleźć Bircha w godzinę, to inny detektyw też.

Chodzi mi o to, ile kosztowałaby godzina i kilka komputerowych poszukiwań?

„Coś wymyślę” – powiedziałam Saffron.

Patrzyła na mnie.

„Obiecuję” – kontynuowałam.

Saffron westchnęła.

„Zadzwonię do mamy” – powiedziałam.

„W porządku. Ale ja jestem twoją osobą do kontaktu, której mówisz o Birchu. Tata i ja nie chcemy, żebyś ją denerwowała”.

Nigdy nie czułam się dobrze, będąc tą córką, która „denerwowała” moją matkę.

Robiłam to często, po prostu będąc sobą.

„Postaram się jej nie denerwować” – odpowiedziałam.

Westchnęła ponownie, tym razem jakieś pięć stopni oblężonej wyżej od ostatniego poziomu, na jakim była, zanim podeszła do drzwi.

Kiedy je otworzyła, położyłam rękę na krawędzi i powiedziałam - „Wiesz, mogę pomóc też w innych sprawach”.

Przekroczywszy próg, Saffron zwróciła się do mnie.

„Potrzebujemy ducha i przewodnictwa twojego i Bircha. Właśnie tego potrzebujemy”.

„Okej, rozważę to. Porozmawiajmy teraz o tym, czego mama potrzebuje”.

To dało mi minę Saffron pieprz-się (chociaż nigdy w życiu nie używała słowa na „p”, mimo to ta twarz całkowicie kazała mi się pieprzyć).

Potem odwróciła się i ruszyła na rozsądnych obcasach do swojego minivana, którego sama wybrała, nawet jeśli nie miała męża ani dzieci, ale czasami musiała wozić kilka zwłok na wskrzeszenia.

Patrzyłam, jak wsiada.

Patrzyłam, jak odjeżdża.

Potem zamknęłam drzwi, oparłam o nie głowę i dałam sobie chwilę, by zebrać trochę sił w środku mojego gównianego dnia.

Potem podeszłam do telefonu i zadzwoniłam do mamy.

Nie wspomniałam o Birchu.

Zaoferowałam, że zrobię zapiekanki, aby pomóc nakarmić ją i tatę, a także przyjdę posprzątać, jeśli uzna, że to może pomóc.

Odmówiła i zaprosiła mnie na niedzielne nabożeństwo.

Odmówiłam i zapytałam, czy mogłabym przyjść i odwiedzić kiedyś poza godzinami kościoła.

Biorąc pod uwagę, że nie udało mi się osiągnąć celu, jakim jest nie denerwowanie jej, powiedziała, że zdenerwowałam ją, nie mówiąc - „Oczywiście, kochanie! Przyjdź od razu. Jestem przerażona i niespokojna, a najlepszą rzeczą dla mnie byłby czas spędzony z moją dziewczyną”.

Powiedziała mi, że o tym pomyśli.

Powiedziała wtedy, że musi upiec trochę chleba kukurydzianego i musi iść.

Chcąc w tym czasie zrobić, co mogłam dla mojej mamy, zrobiłam to, o co prosiła.

Pozwoliłam jej odejść.


 



[1] Gonzo wg wielu słowników oznacza Jestem najlepszy, podziwiajcie mnie lub łatwowierny, naiwny, głupi

4 komentarze:

  1. Hm. Dlaczego wieje mi tu kłamstwem i bzdurą? Co ta jej pseudo rodzinka sobie wymyśliła? Oj dziwne to. Dziękuję za rozdział ❤️

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde co za rodzina :( Pewnie chca ja i Juno zwabić i zatrzymać w tym kościółku.
    Mam nadzieje ze nie nabierze się na chorobe mamy i jej niezbędny udział w kręgu.
    Czekam co stanie się dalej i mam nadzieje że jednak zadzwoni o pomoc do chłopków i Augiego.

    OdpowiedzUsuń